Piasek, piaseczek w Mui Ne

Organizowanym wycieczkom dziękujymy, korzystamy z własnych sił. W każdym hostelu i hotelu można zapłacić różnego rodzaju wycieczki, które polegają na dwóch zasadach – jedzie się w jeapach a cena wycieczki sięga zenitu (780 – 900 000 VDG/ osoba). Wynajęcie motocykla na cały dzień w mieście Mui Ne, które leży nad morzem i jest mekką wszystkich wodnych sportów (ale o tym w następnym wpisie), zajeło nam dosłowa 2 minuty a jego koszt wynosił 200 000 VDG. A więc czemu nie skorzystać z motocyklu dla wycieczek bliżej, ale też i dalej położonych ciekawych miejsc?

W planie były białe duny, czerwone duny a też miniatura Grand Canionu (Fairy Stream). Zaliczyliśmy 80 km na dwóch kółkach z przeciętnom szybkością 60 km/h. Niestety z powodu złej pogody tylko pierwszy punkt programu udało nam się w pełni zrealizować. Pora deszczowa potrafi zrobić swoje i może niezle dopalić na motorbiku, jak doświaczyliśmy.

20140709-222645-80805687.jpg

Instrukcje, które nam podali w hotelu, by jechać prosto przed siebie i tylko na jednym skrzyżowaniu skręcić w lewo, nam były do niczego. Błądziliśmy po wszystkich zakątkach. Białe duny (white sand dunes) po odjechanych kilometrach wreszcie znaleźliśmy.20140709-222954-80994124.jpg

Zwiedzanie dun umiliły nam quads do piasku (patrz zdjęcie). Wynajęcie na 30 minut kosztowało 500 000 VDG. Przygoda się zaczęła, kiedy pojazd przestał jechać na środku samej „pustyni”. Przechadzka przez same południe po pomoc była zasmakowaniem życie Nomadów na pustyni. Panowie od quads stwierdzili, że nam zabrakło beznyny. Perfekcja sama o siebie – wypuścić swych klientów na piaszczyste duny z półpustym bakiem. Drugi quad, który nam dali w zamian, po 20 minutach ZNOWU wykitował. Po raz drugi zabrało nam benzyny. Śmiać się, płakać? Śmiać!

20140710-072158-26518692.jpg

20140710-072328-26608032.jpg

20140710-072615-26775631.jpg

20140710-075230-28350800.jpg

20140710-075637-28597849.jpg

20140710-075954-28794831.jpg

Na drodze powrótnej zaczeło lać jak z cebra. Raining season nam dał w kość. Miejscami było trzeba przejechać kompletnie zalane odcinki drogi. Takie kałuże były głębokie 20 cm, więc rura wydechowa motocykla była niemalże zalana. Najwięcej rozbaliwi nas Wietnamczycy, którzy z uśmieszkami na twarzy przejeżdżali takie kałuże w prędkości 40km/h i liczyli na to, że przeciko jadące wehikle i ich pasażarowie będą kompletnie oblani ciepła wodą z kałuży.

Czyli na czerwone duny ani mały Grand Canion nam zabrało sił, więc ślemy zdjęcia, co powinniśmy widzieć, ale nam się nie udało.

Red Sand Dunes

20140710-081053-29453286.jpg

Fairy Stream

20140710-081326-29606001.jpg

Sajgon czy Ho Chi Minh – obojętne, bo to jedno miasto

Nasze pierwsze wrażenia z wietnamskiej kultury, czy też stylu życia Wietnamczyków są mieszane. Negatywne, jak i pozytywne wrażenia są w równowadze.

Na samym początku byliśmy przekonani, że się znajdujemy we wietnamskim Bangkoku. Jednak ze świtem stwierdziliśmy, że wylądowaliśmy w zupełnie innym świecie. Jest to świat pełen motocyklów i skuterów oraz smogu. W Ho Chi Minhie mieszka aż 7 mln obywatel (taka sobie Słowacja)! Chodzi bardziej o prowincje aniżeli miasto. Samo centrum oznaczene jako District 1 jest raczej mniejsze. Można go przejść na piechotę, jednak klimat nie za bardzo sprzyja takiej wycieczce. Z tego powodu wynajeliśmy riksze (cyclo ridera), który nas przekonywał, że za 2 osoby i około 3 godziny jazdy między najciekawszymi pamiątkami/ muzeami w mieście zapłacimy 150.000 VDG (150 Kč).
20140706-164823-60503714.jpg

Pan cyclo rider nas zawiózł pod samo ciekawe miejsce i czekał na nas. Takim sposobem zwiedziliśmy Muzeum wojny wietnamsko – amerykańskiej, starą pocztę, kościoł Roter Dam, Pałac Reunification, muzeum miasta Ho Chi Minh a ostatnim punktem wycieczki miała być rzeka Sajgon.

20140706-165802-61082765.jpg

20140706-165800-61080947.jpg

20140706-165800-61080128.jpg

20140706-165801-61081909.jpg

Riksza przygoda
Podczas podziękowań za mile spędzone dopołudnie i płacenia 150.000 VDG na nas zaczoł cyclo rider krzyczeć, że cena jest 1.500.000 VDG (1500 Kč). Z karteczką, na której miał wypisane wszystkie miejsca warte zwiedzenia w Sajgonie na nas krzyczał i krzyczał a my cały czas oponowaliśmy, że chodzi o bzdure. Daniel bardzo elegancko panowi powiedział zdanie: „Don’t be rude.” a ja wziołam panowi z ręku jego kartkę na której nam cały czas pokazywał cene 1.500.000 VDG. Punkt kulminacyjny dopiero przychodzi, gdy Daniel pokazuje panowi, że w portfelu nie mamy więcej kasy niż 200.000 VDG a w ten moment pan chlapnie mnie przez rękę, w której trzymałam jego kartkę. Chyba zrozumiał, że przestrzelił i nasza ofensywna speech o policjantach itp. chyba zafunkcionowała. Poszliśmy sobie a go zostawiliśmy z 200.000 VDG.

Gdyby przewodnik Lonely Planet nie przestrzegał nas o takich oszustwach, chyba zapłacilibyśmy mu nawet tak wysoką stawkę. Jednak doświadczenia z zeszłego roku a pewność w siebie zwyciężyły.

Financial Tower
Popołudnie spędziliśmy w bogatszej części miasta, gdzie wybudowane są wysokie hotele a około nich znajdują się sklepy ze zegarkami, modą przeplatane restauracjami oraz kafejkami. Po przejściu trzech może czterech ulic jednak znowu zaczeła się dzielica raczej biedniejszych obywatel.

Wydaliśmy 200.000 VDG/ osoba by wyjechać na 49 piętro łapacza chmur Financial Tower wybudowanego w roku 2011. Perspektywa miasta z tej wysokości okazała się niesamowita. Ten widok sprawił, że wydaliśmy z siebie te bardzo zpopularyzowane trzy literki „WOW”. W skrócie można powiedzieć, że bieda jest przeplatana bogactwem w tym mieście. Widać było, że są budowane nowe budynki nie tylko w centrum, ale też o okolicach tętnącego centrum. Wszystkie główne ulice ograniczają duże zielone drzewa a parków w Sajgonie jest też pod dostatkiem.

20140706-171647-62207693.jpg

20140707-105508-39308191.jpg

20140707-105809-39489004.jpg

20140707-105820-39500226.jpg

20140707-110251-39771046.jpg

Zieleni w Sajgonie powinno być o dużo więcej, jeżeli weźmiemy pod uwagę ilość motocyklów pędzących ulicami. Człowiek może się zatrzymać a w 1 minute doliczy się około 140 motocyklów, które za 60 sekund mineły dany punkt. Prechodzić drogi w takim ruchu, gdy nie istnieje prawo przechodnigo ani semafory, jest dosyć trudne, ale też pełne adrenaliny doświadczenie. Po dniu spędzonym w mieście wytrenowaliśmy nasze przejścia z chodniku na chodnik do perfekcji a sami byliśmy z siebie dumni, jak sprawnie nam poszło. Na zdjęciach nie można ująć ten widok, więc później wstawimy na bloga video z ulic Ho Chi Minh. Trzeba dodać, że w całym mieście nie istnieje żadne metro, czy też tramwaje. Obywatele są wskazani tylko i wyłącznie na swoje samochody (bardzo sporadycznie widziane) i motocykle czy też busy połączeń miejskich.

20140707-111025-40225033.jpg

20140707-111013-40213965.jpg

Going East po raz drugi!

Tak jak w zeszłym roku, głosimy naszą przesiadkę w Abu Dhabi. Z pierwszymi krokami w Pradze głosno zwołaliśmy: „Podróżować to? Żyć!” i z uśmiechami na twarzy rozpoczeliśmy naszą podróż. Stawiamy czoła nowym przygodom i cieszymy się jak potoczy się nasza podróż w tym roku we Wietnamie. Na razie nie mamy planu, do jakich destynacji podążymy. Wszystko jakoś się ułoży, gdy tylko trochę wypoczniemy i naczerpniemy wietnamskiej inspiracji.

Jeżeli ktoś spotka w przeciągu następnych 3 tygodni takich oto dwóch ludzików – to my : ‚Osprey Team’!

20140704-071857-26337220.jpg

Chyba nikogo nie będą interesować niżej wstawione informacje, jednak blog jest dla nas małą kroniką naszych podróży a więc co głowa nie będzie pamiętać, internet kiedyś wyświetli.

Trasa:
3.7. wyjeżdżaliśmy autobusem z Pragi o godzinie 10:30 do Wiednia. Pierwszy samolot z nami wystartował o godzinie 18:55. Dalszy lot z Düsseldorfu do Abu Dhabi o godzinie 21:30. W Abu Dhabi ostatni dzisiejszy lot o godzinie 8:30 (Środkowo Europejskiego czasu 6:30). W Ho Chi Minh powinniśmy wylądować o godzinie 19:00 (Środkowo Europejskiego czasu 14:00).

Wyjeżdżamy do Wietnamu już za 7 dni! A więc blog znowu ożyje.

W środe 3. 7. 2014 wyjeżdżamy do ziemi ryżu i herbaty. Jedziemy wypocząć, ale głównie zobaczyć dalsze nasze wymarzone państwo. Po intensywnym i bardzo stresowym okresie, wakacje będą najlepszym lekiem dla naszych ciał a głównie umysłów. Btw. możecie już do mnie mówić pani Magister! 😉

A oto zdjęcie z gór Sapa, z samej północy Wietnamu, gdzie na pewno mamy w planie spędzić pare ładnych chwil.

Do zobaczenia już w krótce

Wyjeżdżamy do Wietnamu już za 7 dni! A więc blog znowu ożyje.

Jak spakować Twój plecak?

Ten wpis służy wszystkim niedoświadczonym podróżnikom a też zapominalskim, do których sami się zaliczamy. Spakować plecak zaliczamy do jednych z najbardziej stresujących momentów podróży backpackera. Pytania typu: Nie będzie plecak za ciężki? Naprawdę TYLKO 3 T-shirty mam zabrać? Czego mi brakuje? Ile parów butów? … wszystkim początkującym przeleci przez głowę podczas tej tortury.

Dlatego na blog wpisujemy spis rzeczy, na które naprawdę warto nie zapomnieć. Inspiracje, co zapakować do plecaka a czego w 100 procentach nie brać znaleźliśmy na blogach doświadczonych podróżników jak Tomek Michniewicz, czy też Marianna Lutomska.

Jak Tomek na swym blogu pisze: Zasada jest jedna, tylko jedna i jedna jedyna. Im lżej, tym lepiej. Plecak noszony przez kilka tygodni robi się z dnia na dzień coraz cięższy. To samo 10 kg po tygodniu odczuwa się jak 15, a po całym dniu marszu w skwarze i kurzu – jak 50.” Pamiętajcie o tym, gdyż każda koszulka waży jakieś deko. Ważne by rzeczy, które chcesz zapakować, rozlożyć na jednym miejscu i z ręką na sercu zastanowić się, czy tyle ciuchów jest warto wozić. Z własnego doświadczenia wiemy, że fajne i typowe ubrania będziemy kupować podczas podróży a prać można w każdym hostelu czy też hotelu! Trzeba o tym myśleć już od pierwszej minuty pakowania.

Rzeczy bardzo przydatne:

  • płaska saszetka przyczepiana do paska i wpuszczana w spodnie (do wewnątrz) na dokumenty, karty płatnicze i pieniądze (czyli money belt)
  •  2-3 metry cienkiej linki (wieszanie prania lub inne zastosowanie, które będzie ci potrzebne)
  • 10 klamerek
  • proszek do prania (czasami mydło wystarczy)
  • mała kłódka do krajów biedniejszych na plecak podręczny lub inne zastosowanie
  • kilka plastikowych zapinek do kabli, które użyjesz do zapięcia suwaka w plecaku podczas jazdy w autobusie, pociągu  (naprawdę potrzebne!!!)
  • scyzoryk na roztargnienie zapinaków i innych zastosowań (pamiętaj, by mieć scyzoryk w podręcznym bagażu a nie w plecaku, który zamknąłeś(aś) )
  • przeciwdeszczowy ochraniacz na plecak
  • mały podręczny plecaczek
  • 2x mikrofibrowe ręczniki (na słodką i słoną wode) zamiast frotego, puszystego a głównie ciężkiego ręcznika (w krajach tropikalnych nigdy nie wyschnie ci ręcznik do końca, więc warto o tym pamiętać)
  • kilka worków na śmieci na brudne rzeczy lub zapakowanie czegokolwiek
  • małe foliowe torebki zapinane na suwak – świetnie chronią przed wodą i kurzem elektronikę, dokumenty, pieniądze itp.
  • duct tape 
  • bandamka lub lekki szalik (w klimatyzowanych środkach transportu na pewno się przyda i pamiętaj by zawsze mieć ją w plecaku podręcznym!)
  • chusteczki antybakteryjne
  • płyn antybakteryjny do rąk
  • fenistil
  • przewodnik
  • okulary przeciwsłoneczne
  • fotki paszportowe (do wiz na granicach)
  • kopie paszportu (znajdujące się w plecaku kumpla)
  • wizytówki, ołówki, pocztówki lub inne małe podarunki dla dzieci w krajach biednych
  • latarka
  • gwizdek w góry
  • adapter miedzynarodowy
  • karta ubezpieczenia + warunki ubezpieczenia po angielsku
  • książeczka szczepień
  • długopis i notes

Kosmetyczka: 

Kosmetyczka waży zazwyczaj najwięcej. Dobry wybór produktów o niskiej gramaży to pół zwycięstwa za nami. Większość podróżników poleca zabrać zwykłe mydło, które zastąpi shower gel, piane do golenia i proszek do prania. Jednak ja polecam kupić w drogerii małe buteleczki shower gelu, mydło do higieny intymnej (bardzo ważne dla kobiet!), piany do golenia i szamponu. Czym mniejsze tym lepsze. Prędzej się zużyje i je wyrzucamy, czyli maleje nam masa kosmetyczki. 🙂 Także mała tubka pasty do zębów wystarczy dla pary na cały miesiąc. Zamiast parfumu bierzemy małe próbki. Antypespirant nie może zabraknąć. Dalej: szczoteczka do zębów, mały zgrabny grzebień, nożyczki do paznokci, żyletki, nitka i igła, prezerwatywy. 

Nie zapominamy o repelencie, kremie do opalania (najlepiej 2 faktory UV), aloe vera do skóry spalonej przez słońce.

Dla kobiet: makijaż zostawiamy w domu. Kredka i tusz do rzęs powinny nam wystarczyć podczas całej podróży. 😉 Podpaski i tampony zawsze można wszędzie kupić, lecz chyba lepiej mieć kilka swojich ulubionych.

W państwach Azjatyckich polecamy zaraz pierwszy dzień pobytu kupić repelent z trawą cytrynową, który działa wyśmienicie i odstrasza wszystkie owady.

Ubrania: 

Każdy poleca inaczej, jednak w plecaku backpackersa powinno znajdować się:

Dla panów:

  • szorty x 2
  • długie spodnie (w żadnym wypadku nie jeansy, które są za a) ciężkie, b) długo schną, c) za grube)
  • skarpety x 3
  • bokserki x 5
  • t-shirty x 3
  • koszula
  • polar
  • poncho przeciwdeszczowe
  • czapka z daszkiem
  • bandamka lub szalik
  • kąpielówki
  • pasek
  • buty górskie
  • sandały

Dla kobiet:

  • szorty x 2 (szerokie, wygodne, zapomnij o jeansowych)
  • długie spodnie (tak samo jak u panów – zapomnij o jeansach)
  • skarpety x 3
  • majtki x 7
  • stanik x 2
  • t-shirty x 4 (część z odsłoniętymi ramionami, a część z rękawkami)
  • koszula x 2 (niebieska i zielona lub beżowa
  • polar lub lekki sweterek
  • czapka z daszkiem
  • bandamka lub szalik
  • kostium kąpielowy
  • pasek – lekki
  • chusta lub pareo
  • ozdoby z poprzednich wypraw
  • buty górskie
  • sandały– typ sportowy, lekkie, najlepiej zamykane na rzepy przez kostkę, z materiału który szybko schnie
  • japonki (flip-flops)

Must have: 

  • paszport
  • pieniądze (dolary i eura)
  • karta kredytowa
  • ubezpieczenie
  • bilety lotnicze
  • aparat fotograficzny
  • ładowarka do aparatu
  • telefon
  • ładowarka do telefonu
  • (dla nas: iPad, ładowarka, konektor dla SD kart)

Korzystane z:

http://www.tomekmichniewicz.pl/poradnik/pakowanie/ – ogólne porady do pakowania

http://www.tomekmichniewicz.pl/poradnik/537-2/ – spis dla panów

http://www.koniecswiata.net/poradnik/dziewczyna-w-podrozy-co-zabrac/ – spis dla pań

Pozdrawiamy i trzymamy kciuki. Reguła najważniejsza: no stress! 

Kasia as backpackers

Fabryka na wakacje nad morzem

Wizyta największej wyspy Tajlandii za nami. Phuket w skrócie można zcharakteryzować jako jeden duży resort światowej rangi nad morzem. Głównie na zachodnim wybrzeżu koncentrują się wielkie hotelowe kompleksy, condominia, bungalowy, boutique hotele i hostele czy też guesthousy. Powód jest zrozumiały. Przepiękne plaże przyciągają tysięce turystów rocznie. Wiele ludzi tutaj przyjeżdża by tylko poleżeć na plaży, poopalać się a wieczorem wypić drinka w typowo zachodnim barze/ restauracji i zrobić zakupy w nam wszystkim znanych stoiskach z cetkami. Po prostu spędzić zwykłe wakacje nad morzem bez ogarnienia miejscowej kultury, czy też kuchni.
Phuket ma wiele plaży do zaoferowania. Nam udało się, dzięki wypożyczonemu skuterowi, przejechać i zobaczyć następujące plaże: Kata Beach Yai, Kata Beach Noi, Patong Beach, Kamala Beach, Karon Beach. Jedna plaża równa się skupisko hoteli, resortów i typowego zaplecza turystycznego – restauracje, bary, sklepy, masaże, wypożyczalnie motocyklów, samochodów, wodne atracje, agencje turystyczne sprzedający miliony wycieczek do okolic Phuketu.

20130821-212625.jpg

20130821-212638.jpg
Jedno zdjęcie jest warte więcej niż 1000 słów, więc zobaczcie sami, jakimi plażami może się Phuket pochwalić:

Kata Beach Yai – jedna z bardzo ładnych plaży. Tubylcy twierdzą, że chodzi o najpiękniejszą plaże w całej Azji! Długa, szeroka (!!!), z jasnym piaskiem i czyściutkim morzem. Miejscem spotkań wielu surferów, którzy szaleją na falach głównie podczas pory deszczowej (low season). Od leżaków, które można wynająć, trzeba iśc około 50 metrów do morza! Tego jeszcze nie doświadczyliśmy w Tajlandii. Niestety przyjemne środowisko wg nas szpecą mury hotelowego kompleksu Club Med. Hotel Club Med był zbudowany w 70. latach jako pierwszy hotel na Kata Beach. Kompleks rozciąga się wzdłuż całej plaży. Z tego powodu promenada z sklepikami, restauracjami i barami przeniosła się za kompleks Clubu Med i znowu straszą mury, ale od strony promenady. Mury szczelnie zamykające kompleks Club Med utrudniają reszcie hotelom dojście do plaży. Wybrany przez nas hotel może znajdować się 150 metrów od plaży linią powietrzną, ale trzeba obejść cały kompleks i droga przedłuża się na niespełna jeden kilometr. Dlatego warto wybierać hotel na końcach plaży lub wybrać inną destynację na Phukecie.

20130821-212736.jpg

20130821-212750.jpg

20130821-212759.jpg

20130821-212808.jpg

Patong Beach – szaleństwo, ludzi jak mrówek na mrowisku, opalające się ‚kurczaki’ na słońcu, największy i najżywszy resort na całej wyspie. Miejsce rozciąga się od plaży pod górkę. Jeżeli ktoś przepada za wielkimi imprezami, światłami reflektorów, niech wyjeżdża do Patongu. Nam szaleństwo tego miejsca wystarczyło i po godzinie przechadzania się po plaży i mieście odjechaliśmy do spokojniejszej destynacji. Jednak, co może dużo osób zadowolić, w Patong znajduje się dużo Starbucks Coffee, McDonald’s, KFC, 7eleven oraz Hard Rock Cafe.

20130821-212942.jpg

20130821-213005.jpg

20130821-213019.jpg

20130821-213031.jpg

20130821-213043.jpg

20130821-213052.jpg

20130821-213100.jpg

Kamala Beach – zgadujemy, iż w tym miejscu mieszka podczas wakacji w Tajlandii (grudzień- styczeń) wielu gwiazdorów i bogatych ludzi. Nowoczesne kompleksy condominiów otaczają górzyste wybrzeże plaży. Plaża bardzo spokojna i przyjemna. Można na niej znaleść małe restauracyjki oraz bary. Pare hoteli i apartamentów jest umiejscowionych wprost na plaży.

20130821-213140.jpg

20130821-213148.jpg

20130821-213157.jpg

20130821-213205.jpg

20130821-213236.jpg

20130821-213250.jpg

20130821-213311.jpg

20130821-213320.jpg

Karon Beach – wąziutka, ale długa plaża z najdrobniejszym (czy też najdelikatniejszym) piaskiem na Phukecie. Bardzo sympatyczne miejsce. Miasteczko bez wahania dostaje od nas najwięcej punktów za atmosferę, miejsce oraz wspaniałe możliwości do przechadzek.

20130821-213357.jpg

20130821-213410.jpg

20130821-213419.jpg

20130821-213428.jpg

20130821-213437.jpg

Kata Beach Noi– miejscowość ta mieści się pod plażą Kata Beach Yai. Plaża w pewnym sensie przypomina nam plaże z Ko Lanty, gdyż wysokie góry pełne zieleni z obu stron otaczają to przepiękne piaszczyste miejsce. Pomiędzy zielonymi drzewami ukryte są małe bungalowy oraz luksusowe hotele. Dla Kasi plaża nr. 1 na Phukecie (z tych co widzieliśmy). Niestety fotoaparat nam się wybił i nie mamy fotografi z tego miejsca. Sami musicie przyjechać i zobaczyć. 😉

Ko Phi Phi pipi piii pi

Koh Phi Phi Don jest jedną z najpiękniejszych wysp całej Tajlandii. Wysepka jest bardzo mała, bez samochodów i przepełnionych dróg. Wysokie sterczące skały wapienne i specyficzny kształt wyspy jak klepsydra, wszystkim wbije się w pamięć.

20130819-214519.jpg
Zamiast samochodów miejscowym a teraz zwłaszcza turystom służą long tail boats, czyli łodzie z długim ogonem. Bardzo charakterystyczne dla tego miejsca.

20130819-214657.jpg
Wyspa ma młodzieżowy klimat. Zdecydowana większość odwiedzających to młode osoby a z obserwowań możemy konstatować, że niemalże wszyscy mieli tatuaż. W małej wiosce, bo nie można nazwać to miastem, jest mnóstwo salonów Tatto i szkół dla nurków. Z tego też powodu skupia się tu właśnie subkultura nurków. Najwięcej jest tam jednak barów z różną tematyką, ale raczej orientowaną na zachodnie kultury. W pierwszym rzędzie Koh Phi Phi to przepiękna przyroda, bielutki piasek, azurowe morze, ale też wieczorowe żwawe dyskoteki na plaży. Miasto budzi się nocą, bo przez dzień panuje tam wyluzowana i spokojna atmosfera. Każdy bar wieczorem organizuje pokaz fireshow, a muszę przyznać, że było na co patrzeć (mówi Daniel). Za to Kasia z podziwem oglądała wszystkie bary, ich dekoracje, wykorzystanie światła, ognia itp. i bez przerwy powtarzała: „My sóm na Hawaii Party!”. Podobieństwo jest wyraźne. Sami posądźcie.

20130819-214758.jpg

20130819-214746.jpg

20130819-214814.jpg

20130819-214806.jpg

20130819-214846.jpg
Postanowiliśmy w tak cudownym miejscu „posznorchlowac”, żeby zobaczyć podmorskie życie na rafach koralowych. Chociaż wszędzie można było kupić o połowę tańszą wycieczkę z „sznorchlowaniem”, zdecydowaliśmy wziąść udział w wyprawie organizowanej przez The Adventure Club. Podstawowa różnica tych wycieczek jest taka, iż tańsza wersja oznacza 50 osób nurkujących w jednym miejscu a łącznie 1h w wodzie. W porównaniu z naszą pięcioosobową grupą wraz z przewodnikiem na 3 godziny w wodzie. Do miejsc pełnych kolorowych rybek pojechaliśmy tradycyjnym long tail boatem. Zobaczyliśmy ogromną ilość rodzaji ryb, ale niestety najciekawsze i najniebezpieczniejsze rekiny nie zobaczyliśmy. A przewodnik opowiadał, że wczoraj mieli szczęście i zobaczyli z paru metrów 25 rekinów. No, mieliśmy pecha, ale może i tak lepiej, przynajmniej nie musieliśmy prać kąpielówki.

20130819-215012.jpg

20130819-215051.jpg

20130819-215108.jpg

20130819-215037.jpg

Drugiego dnia pożyczyliśmy kajak i płynęli do plaży małp (Monkey Beach). A doprawdy całe stado siedziało na plaży i obserwowało ciekawskich turystów przyjeżdżających na nich popatrzeć. Trzeba dodać, że na plaży nas było tylko dziewięciu. Wygody nieorganizowanej wyprawy są chyba najwyraźniej wszystkim jasne.

20130819-215544.jpg

20130819-215535.jpg

20130819-215558.jpg

20130819-215607.jpg

20130819-215621.jpg

Tajlandię w turystycznym podaniu charakteryzuje pare fotografii, które są do napotkania wszędzie. Najczęściej występuje ta oto fotografia:

20130819-215705.jpg

Chodzi o widok na wyspie Ko Phi Phi Leh na plaży Maya Bay (którą my nawiasem mówiąc nie widzieliśmy). Podczas snorchling wycieczki nasz przewodnik nas pytał, czy chcemy pojechać do Maya Bay, ale uprzedzał, że na małej plaży będzie tysięcy ludzi i będzie trzeba zapłacic entrance fee (wstęp) 200 THB. Masy ludzi nas odradziły a wczoraj na wyspie Phuket (65 km dalej od Ko Phi Phi Leh) stwierdziliśmy, że właśnie chodziło o TĄ PLAŻ! Przynajmiej mamy powód wrócić na malutkie wyspy w prowincji Krabi.

Jedna mała rada- nie wybierajcie się na Phi Phi Islands na dłużej niż 3 dni! Trzeba szybko zwiedzić wszystkie miejsca, zaczerpnąć atmosferę, pstryknąć pare ładnych zdjęć do rodzinnego albumu, ale potem wyjechać. Wyspa nie jest przeznaczona na długie, spokojne i beztroskie relaksowanie się na plaży. Trust us

20130819-215630.jpg

Raj na ziemi – Ko Lanta

Kiedy jeździ się, zwiedza, pakuje, wypakowywuje, przychodzi pewien moment, gdy człowiek siada i bez namysłu stwierdza: „wystarczyło, czas na relaks”. Fotografie dzikych plaży Tajlandii pryciągają każdy rok miliony turystów. Na nas także przysła już pora by podziwiać te oto skarby Tajlandii.

20130816-213122.jpg

Pare porad dla podróżujących z północy na południe:
Drogę z Chiang Mai do Bangkoku pokonaliśmy nocnym VIP autobusem (637 THB/os), który polecamy wszystkim bez różnicy wieku. 24 fotelów w całym dwu piętrowym autobusie, LCD ekran dla każdego siedzenia, koc, woda oraz swaczynka dla każdego pasażera. Droga trwa 9 godzin. Warto informować się na dworcu autobusowym w Chiang Mai/ Bangkoku, które autobusy na prawdę są VIP. Niestety wszystkie spółki (około 15x) namawiają potencionalnych klientów do jazdy z ich VIP autobusami, które do VIP mają tak daleko jak my aktualnie do Europy. Na obietnice wiele podróżujących dopłaci. Trzeba mieć dużo siły by ignorować wszystkie wykrzykujące i namawiające panie w okienkach na dworcu, ale opłaca się.

20130814-211715.jpg

Żeby zaoszczędzić dalszych 12 godzin w autobusie, zdecydowaliśmy się polecieć samolotem na południe Tajlandii z Bangkoku. Celowa destynacja: Krabi- najtańsze bilety wygrały (AirAsia.com). W Krabi spędziliśmy jedną noc. Zwiedzania miasta nad rzeką nie zajmie dużo czasu, więc dalszy dzień rano wyruszyliśmy na wyspe Ko Lanta Yai.

Ko Lanta Yai (Kho Lanta)
Ko Lanta jest drugą największą wyspą w całej prowincji Krabi (spośród 52 wysp). Lanta leży 90 kilometrów od miasta Krabi. Jeżeli chce się podziwiać uroki długich, czystych plaży bez milionyów opalających się turystów – trzeba wybrać Ko Lantę.

20130816-224734.jpg

20130816-224745.jpg

Podczas low season sporo restauracji, hotelów, barów na plaży i resortów jest zamkniętych (high season zaczyna się na końcu września a kończy w marcu lub kwietniu). Natrafiliśmy na parę miejsc, które wyglądały jak z innego (zamarłego) świata. Spustoszała krajina pełna śmieci, liści palmowych, kokosów i dalszych nie określonych rzeczy, które przyniosły fale morza.

20130816-220648.jpg

20130816-220659.jpg

Jednak low season ma swoje duże a chyba najlepsze plusy! Zero(no dobra, może maksymalnie tysiąc) turystów na całej wyspie! Natrafiliśmy na plaże, na których byliśmy sami lub z dalszymi 8 ludziami. Zakochaliśmy się do tej śpiącej wyspy. Raj na ziemi, kiedy można słyszeć tylko szelest fali i własny oddech.

20130816-221334.jpg

20130816-221344.jpg

20130816-221407.jpg

Teren wyspy jest bardzo zróżnicowany. Przeważają góry a też dżungla, więc najlepiej jak poruszać się po wyspie są motocykle (200 THB/ 24 godzin). Orientacja jest bardzo prosta. Z północy na południe prowadzą dwie drogi. Jedna na wschodnim, druga na zachodnim wybrzeżu. Dwie drogi złączają dwa brzegi w samym środku wyspy. Lanta ma 30 km długości a 6 kilometrów szerokości. Plaże znajdują się tylko na zachodnim wybrzeżu, wioska rybaków Old City oraz port na wschodnim wybrzeżu. Pier, z którego wyjeżdzają wszystkie turystyczne łódki na inne wyspy, leży na samej północy wyspy.

20130816-224709.jpg

20130816-224720.jpg

20130816-222331.jpg

20130816-222349.jpg

20130816-222359.jpg

20130816-222426.jpg

20130816-222541.jpg

A jutro dalsza wysepka Ko Phi Phi! Do zobaczenia.

More chilli more sexy!

Do dnia dzisiejszego spróbowaliśmy mnóstwo tradycyjnych pokarmów. Najczęściej to bywa pyszny ryż z mięsem lub krewetami na różne sposoby. Często używane są też ryżowe płaskie nudle, z których przygotowywany jest pad thai. Na mój gust nudle nie są tak smaczne jak te w praskich wietnamskich restauracjach. Często słyszeliśmy jak pyszne są pokarmy w Azji. Nasze stwierdzenie jest nieco inne. Pokarmy są bardzo smaczne, ale zależy gdzie je kupimy. Za tak samo wyglądające jedzenie można zapłacić od 30 THB do 150 THB. Nie jest regułą, że droższe oznacza smaczniejsze. W miejscach, gdzie porusza się wiele turystów, ceny są automatycznie droższe, ale jakość średnia a raczej bierna. Często natrafialiśmy na bardzo tanie i smaczne dania na typowych plastikowych krzesełkach wokół małego kiosku z jedną patelnią (wokiem). Miejscowi również codziennie jedzą w polnych restauracjach/ kioskach, które najczęściej są przymocowane do motocykla.
Prawdziwa jejich kuchnia jest baaaardzo ostra, jak mówią „more chilli more sexy”:). Jak widzą europejczyków to automatycznie przygotowywują dania mniej ostre. Dominującym składnikiem dań jest fish sos, czyli sos z ryb. Ma bardzo przeraźliwy zapach a niekiedy już go nie potrafimy wytrzymać. Na szczęście w jedzeniu nie ma tak wyraźny zapach a dodaje ciekawy smak. Między dalsze typowe przyprawy zaliczamy mushrooms sos (sos z grzybów także z przeraźliwym zapachem), soya sos i chilli, czy też curry. Miejscowi rozróżniają trzy rodzaje curry: żółty – najmniej ostry, zielony- średnio ostry, czerwony- najostrzejszy (jak semafor).

20130813-222704.jpg
Żeby głębiej zapoznać się z ich kuchnią, postanowiliśmy wziąść udział w kursie gotowania w mieście Chiang Mai. Wszystkie agencje turystyczne oferują szeroką skalę kursów, więc wybraliśmy najdłużej działający i polecany Lonely Planetem. Thai Cooking Farm organizuje kursy gotowania na cały dzień. Kurs rozpoczął się porannymi zakupami na wielkim miejskim targu za miastem, gdzie nasza instruktorka Kum pokazała nam wszystkie składniki potrzebne do kuchni tajskiej. Kum przeprowadziła szczegółowy wykład o ryżu oraz podstawowych składnikach. Według niej każdy w Tajlandii musi mieć iPhone, iPod, iPad i iRice Steamer, czyli urządzenie do gotowania ryżu.

20130813-222808.jpg

20130813-222822.jpg

20130813-222833.jpg

20130813-222847.jpg

20130813-222900.jpg

20130813-222934.jpg
Po przejeździe do ich farmy, pół godziny za miastem, oglądaliśmy jak się uprawia awokado, plantacje bananów, trawę cytrynową, papryczki chilli, lemonki, mango (którego owoce są zapakowane do gazet by uniknąć napadu owadów), ginger i mnóstwo innych warzyw i owoców (pamięć niestety niekiedy odmawia współpracy podczas wakacji).

20130813-223023.jpg
Nasza grupka początkujących kucharzy składała się z 2 Angielek, 5 Holenderów (rodzinka), 1 Austriaczki, 1 Australijczyka oraz nas 2 Zaolziaków. Po paru minutach w autobusie stała się z nas zgrana paczka.

20130813-223111.jpg
Szkoła gotowania jest bardzo nowoczesnie wyposażona. Atmosfera na farmie sprzyjała gotowaniu maksymalnie. Z ingredienci nam podanych ugotowaliśmy zupę z kokosowego mleka z kurczakiem (Coconut milk soup), kurczaka z orzechami nerkowymi (Chicken cashu nuts), kurczaka z basylią i chilli (Chicken with basil), żółte oraz zielone curry z kurczakiem (Yellow & Green curry), ‚rolki wiosenne z ryżowymi nudlami’ (Spring rools), Pad Thai, ryż na słodko z mangiem (Mango with sticky rice) oraz banany w mleczku kokosowym (Bananas in coconut milk).

20130813-223204.jpg

20130813-223224.jpg

20130813-223310.jpg
Yellow i Green curry

20130813-223351.jpg
Coconut milk soup

20130813-223457.jpg
Chicken with cashu nuts & Chicken with basil

20130813-223541.jpg

20130813-223645.jpg
Przygotowanie dań jest bardzo proste. Na większość dań głównych wystarczy tylko jeden wok i bardzo silny płomień ognia. Gotuje się bardzo szybko. Najdłużej trwa przygotowanie składników i ich nakrojenie lub rozdrobienie w moździerzu. Wszystkie przyprawy i sosy poszczególnie trzeba wrzucać do woku i dosłowa za 3 minuty można zasiadać do stołu.

20130813-223736.jpg

20130813-223756.jpg

20130813-223813.jpg

20130813-223823.jpg
Chyba z powyższego wpisu wynika, że dań było sporo a my po paru daniach niemal nie daliśmy radę wypróbować wszystkie przygotowane przez nas dania.

Nie żałujemy nawet jednego bathu! Całych 1100 THB za dzień od osoby jest wartych. Recepisy, wspomnienia oraz doświadczenia z wokiem nam zostaną na zawsze.
Sami możecie popatrzeć na recepisy na stronach internetowych szkoły http://www.thaicookingfarm.com

20130813-223921.jpg

podróżować to żyć…